bo tak naprawdę to zaczęło się od sushi. sushi robiliśmy chyba drugi raz, ale poprzednio to dawno i nieprawda. przepisu nie będę podawał, bo jest on chyba rozklonowany w całym internecie, podążaliśmy w miarę zgodnie z jego wytycznymi, poza tym, że nie do końca właściwe octy zapewne zastosowaliśmy. ale i tak wyszło całkiem nieźle, do tego ten orzeźwiający riesling przywieziony z berlina…
maki były z łososiem (kill me now: wędzonym, ale maryśka takiego uwielbia), awokado (stąd poprzedni przepis na salsę, nie zużyliśmy awocado w całości, polane cytryną poleżało do wieczora), ogórkiem i krewetkami. krewetki nabyliśmy w stanie mrożonym w sklepie akasaka, przy restauracji o tej samej nazwie.
i to był dobry wybór te krewetki. wybraliśmy je właściwie dlatego, że ze składników przeznaczonych do spożycia w formie sushi były najtańsze: ok. 20 zł za wcale nie tak małą porcję, jakby się wydawało na pierwszy rzut oka. ikra do sushi kosztowała w tym samym sklepie 2200 zł za kilo, tak dla porównania.
sushi to fajna dłubaninka, udało nam się chyba nieźle zrobić ten ryż - aczkolwiek płukanie go przez sitko o za dużych oczkach groziło tym, że my obejdziemy się smakiem, za to gdzieś na żuławach wiślanych powstanie pierwsze pole ryżowe w polsce. w każdym razie trudności technicznych nie było, nawet niekoniecznie trzeba było używać maty do maków. spróbowaliśmy ulepić nigiri i bez problemu. nie taki diabeł straszny.
3 years ago • Notes