May 8, 2009
November 10, 2008
November 9, 2008
rendang część pierwsza. nie będę tu popadał w wikipedyzm i przytaczał definicji ale dwa słowa opowiem, bo nie wszyscy wiedzą co to je i jak się to je. rendang to rodzaj curry, pochodzący z indonezji, który charakteryzuje się tym, że gotuje się go bardzo długo, aż cały sos odparuje. a z czego składa się sos? ze wszystkiego aromatycznego. podstawą jest mleko kokosowe, do tego dochodzą różne przyprawy, w naszej wersji była kolendra, kumin, goździki, cynamon, trochę kurkumy… pewnie o czymś jeszcze zapomniałem (tak, o trawie cytrynowej, ale tym razem nie mieliśmy świeżej, daliśmy sproszkowaną). to nie wszystko, jeszcze papryka chilli, której tym razem daliśmy znacznie mniej, bo rodzice zaproszeni na moje urodziny nie do końca przepadają za prawdziwie pikantnymi potrawami. jest też cebula, cytryna, czosnek, palmowy cukier… no i wołowina. niekoniecznie ta najdroższa, może być zwykła “gulaszowa”, my używamy głównie łopatki, której zawsze kupujemy za mało, bo odchodzą żyłki i błony.
to co widać na zdjęciu to potrawa po ponad godzinie gotowania. i potem zaczyna się dziać. mleczko kokosowe wygotowuje się całkiem, zostaje tylko olej kokosowy. i mięso, po dwóch godzinach duszenia zaczyna się… smażyć. smaży się je chwilę, a potem najlepiej nie podawać go, tylko schłodzić. rendang jak bigos, odgrzewany smakuje lepiej. stoi teraz na moim balkonie, nie powiem dokładnie gdzie, bo jeszcze ktoś się wespnie i mi go zwinie.
ciąg dalszy nastąpi.
ps. wyobraźcie sobie, jak teraz u nas pachnie. 2,5 godziny duszenia tego wszystkiego. imbir. zapomniałem o imbirze. dodajemy też imbir. pachnie.

rendang część pierwsza. nie będę tu popadał w wikipedyzm i przytaczał definicji ale dwa słowa opowiem, bo nie wszyscy wiedzą co to je i jak się to je. rendang to rodzaj curry, pochodzący z indonezji, który charakteryzuje się tym, że gotuje się go bardzo długo, aż cały sos odparuje. a z czego składa się sos? ze wszystkiego aromatycznego. podstawą jest mleko kokosowe, do tego dochodzą różne przyprawy, w naszej wersji była kolendra, kumin, goździki, cynamon, trochę kurkumy… pewnie o czymś jeszcze zapomniałem (tak, o trawie cytrynowej, ale tym razem nie mieliśmy świeżej, daliśmy sproszkowaną). to nie wszystko, jeszcze papryka chilli, której tym razem daliśmy znacznie mniej, bo rodzice zaproszeni na moje urodziny nie do końca przepadają za prawdziwie pikantnymi potrawami. jest też cebula, cytryna, czosnek, palmowy cukier… no i wołowina. niekoniecznie ta najdroższa, może być zwykła “gulaszowa”, my używamy głównie łopatki, której zawsze kupujemy za mało, bo odchodzą żyłki i błony.

to co widać na zdjęciu to potrawa po ponad godzinie gotowania. i potem zaczyna się dziać. mleczko kokosowe wygotowuje się całkiem, zostaje tylko olej kokosowy. i mięso, po dwóch godzinach duszenia zaczyna się… smażyć. smaży się je chwilę, a potem najlepiej nie podawać go, tylko schłodzić. rendang jak bigos, odgrzewany smakuje lepiej. stoi teraz na moim balkonie, nie powiem dokładnie gdzie, bo jeszcze ktoś się wespnie i mi go zwinie.

ciąg dalszy nastąpi.

ps. wyobraźcie sobie, jak teraz u nas pachnie. 2,5 godziny duszenia tego wszystkiego. imbir. zapomniałem o imbirze. dodajemy też imbir. pachnie.

w trakcie, gdy dusił się rendang (o rendangu więcej wkrótce), szybka kolacja w postaci kanapek z ciemnego pieczywa posmarowanych smarkami shreka + paluszków krabowych. pasta nieco pociemniała, ale smaku nie straciła. można gosciom, naprawdę!
być może sekretem jest awokado, kupione za cenę dwóch hipermarketowych. chyba było warto, bo wyszło pysznie. no i dość kolorowo.

w trakcie, gdy dusił się rendang (o rendangu więcej wkrótce), szybka kolacja w postaci kanapek z ciemnego pieczywa posmarowanych smarkami shreka + paluszków krabowych. pasta nieco pociemniała, ale smaku nie straciła. można gosciom, naprawdę!

być może sekretem jest awokado, kupione za cenę dwóch hipermarketowych. chyba było warto, bo wyszło pysznie. no i dość kolorowo.

dzisiaj lasagne na wyraźne życzenie i przy wydatnej pomocy córki. nie robiłem, nie wiem, co dokładnie trafiło do środka, na pewno mięso było wołowe i wieprzowe, siekane nie mielone. wyszło to lasagne nadspodziewanie dobrze, głównie dzięki doskonałemu, lekko razowemu makaronowi, przywiezionemu przez kogoś z francji. do tego zimne piwo (wino się skończyło) i jeszcze espresso albo drzemka, nie wiem sam, co wybrać.

dzisiaj lasagne na wyraźne życzenie i przy wydatnej pomocy córki. nie robiłem, nie wiem, co dokładnie trafiło do środka, na pewno mięso było wołowe i wieprzowe, siekane nie mielone. wyszło to lasagne nadspodziewanie dobrze, głównie dzięki doskonałemu, lekko razowemu makaronowi, przywiezionemu przez kogoś z francji. do tego zimne piwo (wino się skończyło) i jeszcze espresso albo drzemka, nie wiem sam, co wybrać.

tu jeszcze ebi nigiri czyli ryż z krewetką. z bliska. krewetka nie smakowała jak z mrożonki.

tu jeszcze ebi nigiri czyli ryż z krewetką. z bliska. krewetka nie smakowała jak z mrożonki.

bo tak naprawdę to zaczęło się od sushi. sushi robiliśmy chyba drugi raz, ale poprzednio to dawno i nieprawda. przepisu nie będę podawał, bo jest on chyba rozklonowany w całym internecie, podążaliśmy w miarę zgodnie z jego wytycznymi, poza tym, że nie do końca właściwe octy zapewne zastosowaliśmy. ale i tak wyszło całkiem nieźle, do tego ten orzeźwiający riesling przywieziony z berlina…
maki były z łososiem (kill me now: wędzonym, ale maryśka takiego uwielbia), awokado (stąd poprzedni przepis na salsę, nie zużyliśmy awocado w całości, polane cytryną poleżało do wieczora), ogórkiem i krewetkami. krewetki nabyliśmy w stanie mrożonym w sklepie akasaka, przy restauracji o tej samej nazwie.
i to był dobry wybór te krewetki. wybraliśmy je właściwie dlatego, że ze składników przeznaczonych do spożycia w formie sushi były najtańsze: ok. 20 zł za wcale nie tak małą porcję, jakby się wydawało na pierwszy rzut oka. ikra do sushi kosztowała w tym samym sklepie 2200 zł za kilo, tak dla porównania.
sushi to fajna dłubaninka, udało nam się chyba nieźle zrobić ten ryż - aczkolwiek płukanie go przez sitko o za dużych oczkach groziło tym, że my obejdziemy się smakiem, za to gdzieś na żuławach wiślanych powstanie pierwsze pole ryżowe w polsce. w każdym razie trudności technicznych nie było, nawet niekoniecznie trzeba było używać maty do maków. spróbowaliśmy ulepić nigiri i bez problemu. nie taki diabeł straszny.

bo tak naprawdę to zaczęło się od sushi. sushi robiliśmy chyba drugi raz, ale poprzednio to dawno i nieprawda. przepisu nie będę podawał, bo jest on chyba rozklonowany w całym internecie, podążaliśmy w miarę zgodnie z jego wytycznymi, poza tym, że nie do końca właściwe octy zapewne zastosowaliśmy. ale i tak wyszło całkiem nieźle, do tego ten orzeźwiający riesling przywieziony z berlina…

maki były z łososiem (kill me now: wędzonym, ale maryśka takiego uwielbia), awokado (stąd poprzedni przepis na salsę, nie zużyliśmy awocado w całości, polane cytryną poleżało do wieczora), ogórkiem i krewetkami. krewetki nabyliśmy w stanie mrożonym w sklepie akasaka, przy restauracji o tej samej nazwie.

i to był dobry wybór te krewetki. wybraliśmy je właściwie dlatego, że ze składników przeznaczonych do spożycia w formie sushi były najtańsze: ok. 20 zł za wcale nie tak małą porcję, jakby się wydawało na pierwszy rzut oka. ikra do sushi kosztowała w tym samym sklepie 2200 zł za kilo, tak dla porównania.

sushi to fajna dłubaninka, udało nam się chyba nieźle zrobić ten ryż - aczkolwiek płukanie go przez sitko o za dużych oczkach groziło tym, że my obejdziemy się smakiem, za to gdzieś na żuławach wiślanych powstanie pierwsze pole ryżowe w polsce. w każdym razie trudności technicznych nie było, nawet niekoniecznie trzeba było używać maty do maków. spróbowaliśmy ulepić nigiri i bez problemu. nie taki diabeł straszny.

November 8, 2008
ogniste smarki shreka czyli co zrobić, jeśli mamy zbędne awokado. ano należy to awokado zmiksować z cebulą (1 sztuka cukrowej, czy jak jej tam), czosnkiem (1 ząbek, ale można spokojnie 2), dwie łyżeczki pociętych jalapenos z puszki oraz, ważne, kuminu 1/3 łyżeczki i sól. bez kuminu się nie liczy. można z nachosami, ale my mieliśmy ciemny chleb, sałaty różne i resztkę rieslinga.
i dlatego założyłem bloga, żeby nie zapomnieć, jak dobrze smakowało.

ogniste smarki shreka czyli co zrobić, jeśli mamy zbędne awokado. ano należy to awokado zmiksować z cebulą (1 sztuka cukrowej, czy jak jej tam), czosnkiem (1 ząbek, ale można spokojnie 2), dwie łyżeczki pociętych jalapenos z puszki oraz, ważne, kuminu 1/3 łyżeczki i sól. bez kuminu się nie liczy. można z nachosami, ale my mieliśmy ciemny chleb, sałaty różne i resztkę rieslinga.

i dlatego założyłem bloga, żeby nie zapomnieć, jak dobrze smakowało.